Rugbiści Dableksu Ogniwa przerwali zwycięską passę gdyńskiej Arki. Sopocianie po emocjonującym meczu pokonali na własnym stadionie faworyzowaną Arkę 9:5 (0:5).
Arka faworytem?
Przed meczem więcej szans dawano Arce. Gdyńska piętnastka przystępowała do spotkania jako drużyna niepokonana i prezentująca w bieżących rozgrywkach widowiskową i skuteczną grę. Okazało się jednak, że co innego przedmeczowe kalkulacje, a co innego boiskowa rzeczywistość. Sopocianie zaskoczyli przeciwnika wyjątkową ofensywną grą i niezwykłą determinacją w obronie. Cały mecz toczył się też w bardzo napiętej atmosferze. Już w piątej minucie doszło do ogólnej bijatyki, w której zawodnicy obu zespołów używali rąk i nóg. Ponieważ zawody prowadził Wiesław Piotrowicz, który w poprzednim sezonie w podobnych okolicznościach przedwcześnie zakończył mecz Ogniwa z Dębicą, zachodziła obawa, że i tym razem postąpi podobnie. Tym razem jednak arbiter z Lublina za prowodyra zajścia uznał Pawła Nowaka z Arki i pokazał mu czerwony kartonik.
Ogniwo na początku meczu nie schodziło z połowy Arki. Maciej Szablewski nie wykorzystał dwóch karnych. Pierwsza akcja gdynian przyniosła im powodzenie. Zbigniew Mroch minął z piłką skrzydłowego gospodarzy Łukasza Jasińskiego i efektownym szczupakiem położył piłkę przy chorągiewce rożnej boiska.
Siły wyrównały się na początku drugiej połowy meczu. Tym razem w parterze Marcin Baraniak uderzył przeciwnika. Zauważył to sędzia liniowy i sopocianin musiał udać się do szatni. Na boisku nadal inicjatywa należała do gospodarzy, a kontry gdynian z reguły kończyły się szarżami obrońców Ogniwa. Zwycięstwo sopocianom zapewnił Maciej Szablewski, który najpierw dwa razy trafił z karnego, a na koniec poprawił celnym kopem z drop gola. W końcówce gdynianie ruszyli do przodu, próbując jeszcze odwrócić losy meczu. Brakowało im jednak dokładności w chwytach i podaniach mokrej piłki.
Spotkanie to nie stało na najwyższym poziomie, ale było emocjonujące i mogło się podobać kibicom obu drużyn, którzy od pierwszej do ostatniej minuty gorąco dopingowali swoje zespoły.
Autor artykułu: Adam Suska