Potworny odór gnijącego ludzkiego ciała i przyschniętych psich odchodów był niczym w porównaniu do makabrycznego widoku, jaki zastali w mieszkaniu gdyńscy policjanci i strażacy. Ludzkie zwłoki z wyjedzonymi częściami głowy, szyi i klatki piersiowej. Obok nich przerażony jamnikopodobny psiak. Zmarłemu panu zawdzięczał życie.
60-letni Władysław D. od lat zajmował mieszkanie na pierwszym piętrze pięciokondygnacyjnego domu, przy ul. Morskiej 110 w Gdyni Grabówku. Był samotny. Czasem tylko odwiedzała go znajoma, pani Anna. Widywano ją potem, jak wyprowadza na spacer psa pana Władysława.
Przed godz. 20 w środę (25 kwietnia) na dworze było już szaro. Pani Anna, która po kilkumiesięcznej przerwie zjawiła się w domu na próżno usiłowała dostać się do mieszkania 60-latka. Choć wewnątrz, jak twierdzi, paliło się światło, a pies miotał się na parapecie, mężczyzna nie otwierał. Długo się nie namyślała, tylko wezwała policję. Ta z kolei po przyjeździe na miejsce natychmiast zaalarmowała straż pożarną.
- Funkcjonariusze zdecydowali się siłą wejść do mieszkania, istniało bowiem zagrożenie, że wewnątrz jest człowiek, który potrzebuje pomocy – wyjaśnia kapitan Piotr Socha, rzecznik Komendy Miejskiej Państwowej Straży Pożarnej w Gdyni.
Pan Władysław chorował na serce, miał kłopoty z krążeniem.
- Jakiś czas temu przeszedł zawał – dopowiada pani Anna.
Strażacy wypchnęli lufcik w kuchni i przez okno dostali się do wnętrza. Odjęło im mowę na widok psich odchodów i ludzkiego wyjedzonego przez psa ciała. Potworny odór wgryzał się w nozdrza.- W takiej sytuacji trudno trzymać nerwy na wodzy – rzuca kapitan Socha.
Na miejsce przyjechali również biegły lekarz sądowy, pogotowie ratunkowe oraz prokurator. Według wstępnych ustaleń, pan Władysław prawdopodobnie zmarł śmiercią naturalną około półtora miesiąca temu. Pies ratując się przed głodem i śmiercią, po kawałeczku pożerał ciało swego pana.
- Przyczyny zgonu wyjaśni dopiero sekcja zwłok – twierdzi Danuta Wołk-Karaczewska, rzecznik gdyńskiej policji. – Pies zmarłego był agresywny i został odwieziony przez służby weterynaryjne do schroniska dla zwierząt w Gdyni Redłowie.
Zwierzę powoli odzyskuje siły. W gdyńskim schronisku ma dobrą opiekę. Pies jest spokojny, zwyczajny – twierdzą pracownicy placówki.
- Nie można obwiniać go, że jadł zwłoki pana – twierdzi Roman Taube, lekarz weterynarii w lecznicy dla zwierząt w Redłowie. – Działał instynktownie. Każde zwierzę w tej sytuacji zachowałoby się podobnie. Powinien trafić do adopcji. Właśnie teraz potrzebuje miłości i opieki.
Sąsiedzi zmarłego zastanawiają się, kto go pochowa. Może córki ze Szczecina?
- Albo opieka społeczna – zamyśla się Henryka Okuniewska, mieszkanka domu przy ul. Morskiej. – Do mieszkania po zmarłym pewnie wprowadzi się nowy lokator…
Autor artykułu: Sylwia Ressel