Rafineria Gdańska – niekończąca się prywatyzacja

February 5th, 2002

Nadal nie wiadomo, kto zostanie inwestorem Rafinerii Gdańskiej. Powtórzenie przetargu przedłużyłoby prywatyzację gdańskiej spółki o kolejne lata.

Nafta Polska, spółka zajmująca się prywatyzacją sektora paliwowego, czeka na przedstawienie przez Rotch Energy zabezpieczeń finansowych zakupu akcji Rafinerii Gdańskiej i inwestycji w spółkę, pomimo że Anglicy utracili już wyłączność na negocjacje.
- Moim zdaniem, Nafta przerwie rozmowy z Anglikami – uważa Kazimierz Trębacz, przewodniczący Związku Zawodowego Pracowników Ruchu Ciągłego RG. – Jeśli do tej pory Rotch nie przedstawił gwarancji finansowych, nie zrobi tego w ciągu najbliższych tygodni.

- Chcielibyśmy aby rozmowy, które toczą się z Rotchem, znalazły w końcu swój finał – mówi Marek Herra, dyrektor ds. operacyjnych RG. – Najgorsza jest bowiem niepewność.
Analitycy twierdzą, że coraz bardziej prawdopodobny jest scenariusz włączenia rafinerii do Polskiego Koncernu Naftowego Orlen. Wcześniej minister skarbu Wiesław Kaczmarek informował, że w razie gdyby rozmowy z Rotchem zakończyły się fiaskiem, rozważy możliwość powtórzenia przetargu albo wniesienia rafinerii do Orlenu. Zdaniem pomorskich samorządowców ten ostatni scenariusz spowoduje, że powstanie firma o dominującej pozycji na rynku, która będzie miała większe interesy w Płocku niż w Gdańsku.

Związkowcy z rafineryjnej ?Solidarności? są innego zdania.
- W obliczu integracji Polski z Unią Europejską nie można myśleć wyłącznie o polskim rynku. Gdyby akcje RG zostały wniesione do PKN, powstałby środkowoeuropejski koncern paliwowy, zdolny do globalnej konkurencji – twierdzi Andrzej Cenacewicz, przewodniczący ?Solidarności? RG. – Analitycy szacują, że parytet wymiany akcji PKN i RG byłby następujący: dziesięć akcji PKN na jedną akcję RG. To rozwiązanie korzystne zarówno dla gospodarki, jak i dla pracowników naszej spółki. Poza tym wniesienie akcji rafinerii do płockiego koncernu gwarantowałoby spłatę wysokiego zadłużenia dolarowego naszej spółki.
- Najgorszym rozwiązaniem byłoby powtórzenie przetargu – dodaje Kazimierz Trębacz. – Prywatyzacja rafinerii przedłużyłaby się wtedy o kolejne lata. A spółka już teraz potrzebuje środków na rozwój.

Zysk netto rafinerii za rok ubiegły wyniósł zaledwie kilka milionów złotych.
Pierwszą próbę sprzedaży rafinerii podjęto już w 1998 roku. Wówczas zgłosił się tylko jeden chętny i w dodatku zaproponował zbyt niską cenę. Obecny przetarg trwa już od ponad roku.
- Trzeba zapytać polityków dlaczego, pomimo silnej reprezentacji, a właściwie nadreprezentacji z Wybrzeża w parlamencie i rządzie, rafineria do tej pory nie została sprywatyzowana – mówi Cenacewicz.

Związki zawodowe RG już w lipcu ubiegłego roku podpisały z firmą Rotch Energy pakiet socjalny. Nafta Polska parafowała projekt umowy sprzedaży rafinerii na rzecz potencjalnego inwestora. Jej wątpliwości budzą zabezpieczenia finansowe zakupu akcji RG (ok. 300 mln USD) oraz inwestycji w spółkę (ok. 700 mln USD).

Minister skarbu Wiesław Kaczmarek powiedział w ubiegły poniedziałek, że Rotch Energy nie jest w stanie przedstawić wiarygodnego zabezpieczenia swojej oferty na zakup 75 proc. akcji RG. Nafta Polska prowadzi z Rotchem rozmowy, pomimo że Anglicy utracili już wyłączność na negocjacje.
- Rozmowy na temat sprzedaży akcji rafinerii na rzecz firmy Rotch nadal trwają i nie wiadomo, kiedy się zakończą – powiedział nam wczoraj Krzysztof Mering, rzecznik prasowy NP.

Węgierski koncern paliwowy MOL, który był na krótkiej liście chętnych na zakup RG, poinformował w ubiegłym miesiącu, że podtrzymuje ofertę kupna do 75 proc. akcji RG. Również prezes rosyjskiego koncernu Jukos Michaił Jefimow mówił w styczniu, że jego firma jest zainteresowana nabyciem akcji RG.

Autor artykułu: Joanna Kitowska

Trzy rodziny w jednym mieszkaniu

February 4th, 2002

Wiesław i Elżbieta Sznazowie mieszkają z sześciorgiem dzieci w jednym pokoju. Korzystają ze wspólnej kuchni i toalety razem z dwiema wielodzietnymi rodzinami. Od 10 lat czekają na mieszkanie komunalne.

- Jesteśmy na 44 miejscu, prawie straciliśmy nadzieję na to, że coś się zmieni – mówią małżonkowie. – Przychodzimy na rozmowy z komisją mieszkaniową w Urzędzie Miasta. Słyszymy ciągle tę samą odpowiedź, że nie ma dla nas mieszkania.
Państwo Sznazowie żyją w czteropokojowym lokalu z dwiema innymi rodzinami. Razem zamieszkuje 19 osób. Siostra Wiesława Sznazy samotnie wychowuje pięcioro dzieci.

Mieszka tam także jego brat z czteroosobową rodziną.
- Nie jest łatwo żyć w tyle osób w jednym mieszkaniu – mówi Elżbieta Sznaze. – Wszystko łatwiej się psuje. Trzeba częściej odnawiać mieszkania. To dla nas duży wydatek. Jedna kuchnia i łazienka dla 19 osób bywa powodem do nieporozumień nawet dla najcierpliwszych. Rano gdy wszystkie dzieci wychodzą jednocześnie do szkoły, toaleta jest dosłownie oblegana.

Problemem rodziców jest stworzenie dzieciom warunków do odrabiania lekcji. Muszą uczyć się na zmianę.
- Ma to negatywny wpływ na wyniki w nauce – stwierdzają małżonkowie.

Mało mieszkań
Stanisław Berliński
przewodniczący Komisji Gospodarki Komunalnej i Mieszkaniowej
Rady Miasta Malborka

– Rodzina Sznazów rzeczywiście ma trudne warunki mieszkaniowe. Byłem tam, jak u wielu innych osób, które starają się o przydział lokalu.
Niestety brak jest mieszkań komunalnych. Zwalniają się tylko wtedy gdy ktoś umrze lub co jest rzadsze, zostanie eksmitowany. Rodzinie wielodzietnej nie możemy zaproponować jednego pokoju, a takie zdarzają się częściej. Muszą więc dalej czekać.

Autor artykułu: (G.W.)

Radni znieśli opłatę adiacencką

February 4th, 2002

Radni Rady Miasta Malborka podczas ostatniej sesji, uchylili uchwaloną przez siebie w styczniu opłatę adiacencką.
Przeciwko jej wprowadzeniu protestowali mieszkańcy Kałdowa, dzielnicy, w której wykonano kanalizację. Mieszkańcy mieli zapłacić znaczne kwoty za wzrost wartości ich działek.

Wniosek o zniesienie opłat adiacenckich wniosło 5 radnych. Także wojewoda pomorski uznał uchwałę za niewłaściwą, ale z powodów formalno-prawnych. Gdyby nie została zniesiona, skierowałby sprawę do Naczelnego Sądu Administracyjnego.

Zarząd Miasta oprócz uchwały o zniesieniu opłaty, przygotował własną, ustalającą nowe, niższe o 10 procent stawki.
- Opracowaliśmy drugi dokument na wypadek, gdyby Rada Miasta nie zniosła uchwały o opłatach adiacenckich – wyjaśnia Mieczysław Roeding, burmistrz Malborka. – Pierwsza uchwała była nieprawidłowa pod względem formalnym, byłaby zaskarżona przez wojewodę do NSA.

Opłaty adiacenckie wzbogaciłyby budżet miasta w 2002 roku o 20 tys. złotych. Radny Waldemar Sokołowski zarzucał Zarządowi Miasta, że ta kwota jest większa od pieniędzy, jakie wziął rzeczoznawca za określenie wartości działek.
- Suma jest niska, gdyż dotyczy tylko raty za jeden rok. Całkowita kwota opłat adiacenckich wynosiłaby około170 tys. złotych. Planowaliśmy rozłożyć ją na 10 lat – odpowiadał M. Roeding.

Ponowił on propozycję rozpatrzenia uchwały w sprawie ustalenia opłat adiacenckich podczas najbliższej sesji pod warunkiem zgody komisji rady.
Radny Władysław Krawczyk powiedział, że nie byłoby to w porządku wobec mieszkańców Kałdowa, którzy wyszli z sesji w przeświadczeniu, że sprawa opłat nie wróci już pod obrady.

Przeciw opłatom
Na wniosek Zarządu Miasta radni uchwalili 18 stycznia tego roku opłaty adiacenckie. Mieszkańcy Kałdowa byli tym oburzeni. Doprowadzili do spotkania z burmistrzem i radnymi. Ich działania spowodowały uchylenie kontrowersyjnej opłaty. Pobieranie jej jest zgodne z ustawą o gospodarce nieruchomościami. Jest ona ustalana w związku ze wzrostem wartości nieruchomości spowodowanymi: budową urządzeń infrastruktury technicznej oraz ze scaleniem i podziałem gruntów.

Autor artykułu: (G.W.)

Nagrody dla najlepszych wolontariuszy

February 4th, 2002

W Miejskim Domu Kultury odbyło się spotkanie z młodzieżą, która zebrała najwięcej pieniędzy podczas akcji Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy.

- Kolejny raz nagrodziliśmy najlepszych i najskuteczniejszych wolontariuszy. Przygotowaliśmy dla nich pamiątkowe dyplomy oraz koszulki – mówi Teresa Żelazo z MDK.

Najwięcej pieniędzy, 340 zł i 89 gr zebrała Anna Dobrowolska, uczennica gimnazjum. Otrzymała pamiątkowy kubek WOŚP.
- Zbiórkę prowadziłam wspólnie z siostrą w dzielnicy Piaski oraz w centrum miasta. Nie spodziewałam się, że takiego wyniku, zwłaszcza że w akcji brałam udział po raz pierwszy – mówi A. Dobrowolska.

Drugie miejsce zajął Łukasz Koteras, trzecie Justyna Dobrowolska, czwarte Malwina Więcławska.

Autor artykułu: (jotka)

Drapieżne ptaki nie przeżyłyby bez opiekunów

February 3rd, 2002

Dochodzi godzina 9 rano. Nad ogrodem zoologicznym w Gdańsku Oliwie krążą duże ptaki. Czasami sześć, zdarza się, że kilkanaście. To myszołowy.

Zlatują się tutaj z trójmiejskich lasów i okolicznych pól. W zoo czeka bowiem na nie poczęstunek. Z dala od siedzib zwierząt, między krzaczkami i drzewami, na niewielkiej polanie, podrzucane są kości i resztki mięsa – to śniadanie tych skrzydlatych, dziko żyjących drapieżników.

Zimową porą niełatwo myszołowom żyć. Trudno coś upolować. W zoo ptaki te mają zapewniony wikt. Dba o nie Andrzej Gutowski, asystent w Dziale Hodowlanym Miejskiego Ogrodu Zoologicznego Wybrzeża. Niemal codziennie, o tej samej porze – około godz. 9 rano – wykłada myszołowom śniadanie. Miejsce porannych biesiad tych dużych ptaków, znajduje się nieco na uboczu. Nieczęsto zaglądają tam zwiedzający oliwskie zoo.
Andrzej Gutowski od wielu lat zimą częstuje myszołowy kośćmi i mięsem pozostałym po porannym posiłku stałych mieszkańców zoo.

Na śniadania, przygotowywane przez pana Andrzeja, przylatuje przeciętnie sześć myszołowów, ale bywa, że kilkanaście zaspokaja tu zimowy głód.
Zdarza się, że do stołówki myszołowów w zoo zaglądają orły bieliki.
Z nastaniem wiosny myszołowy są coraz bardziej zdane na własne utrzymanie. W kwietniu posiłki dostają tylko raz w tygodniu. Muszą się już wyprowadzać z oliwskich lasów, bo tutaj inne mają swój rewir – gniazdowania i łowów.

Myszołowom groziła zagłada. Jako drapieżniki, żywią się gryzoniami. Te zaś konsumują najróżniejsze rośliny, jeszcze kilkanaście lat temu pełne toksycznych substancji, pochodzących z chemicznych środków stosowanych w rolnictwie. Drapieżne ptaki zaś zatruwały się tymi skoncentrowanymi w gryzoniach nawozami sztucznymi, chemicznymi środkami używanymi do zwalczania szkodników czy chwastów.
Myszołowy były też w przeszłości tępione przez ludzi. Obwiniano bowiem te ptaki o porywanie z podwórek drobiu i gołębi. Wypreparowany myszołów w niejednym domu zdobił wnętrze najważniejszego pokoju.
Nasz myszołów (gatunek zwany zwyczajnym, wychowujący w Pomorskiem młode) ma około 55 centymetrów długości i 1,30 metra rozpiętości skrzydeł. Waży około kilograma. Część tych ptaków na zimę odlatuje. Przybywają wówczas do nas myszołowy włochate, z północy Europy.

W Polsce myszołów jest uważany za najpopularniejszego ptaka drapieżnego. Na świecie jest ich około 20 gatunków. Polują one na niewielkie stworzenia. Nie pogardzą nawet owadami. Głównie jednak ich łupem stają się myszy, norniki, szczury, chomiki, a także krety, żaby, niewielkie ptaki. Zdarza się, że złowią rybę. Nie pogardzą jaszczurką, czy wężem.

Autor artykułu: Kazimierz Netka

Wkrótce powitają 4700 rok

February 3rd, 2002

Tylko 8 dni pozostało Chińczykom do powitania nowego, 4700 roku, który przebiegać będzie pod znakiem konia, symbolizującego ludzi towarzyskich, dynamicznych, silnych i gościnnych. W chińskim hotelu Zhong Hua w Sopocie świętowanie z tej okazji rozpocznie się już w najbliższą sobotę.

- Uroczystości związane z witaniem Nowego Roku są dla Chińczyków tak samo ważne, jak dla Polaków święta Bożego Narodzenia – mówi dyrektor hotelu Zhong Hua, Jerzy Bartkowski, który kilka lat pracował w Chinach jako radca handlowy. – Jest to święto wiosny, liczone według kalendarza księżycowego. Jest ono ruchome. Przypada zwykle między 21 stycznia a 20 lutego. Chińczycy obchodzą je bardzo radośnie w rodzinnym gronie i przy suto zastawionym stole.

Noworoczne świętowanie, posiadające 1500-letnią tradycję, trwa zwykle 3 dni. W sopockim hotelu Zhong Hua witanie nowego roku rozpocznie się 9 bm. o godz. 21 i przypominać będzie naszego, tradycyjnego sylwestra.

Autor artykułu: (hb)

Zabawa na Kolibkach

February 3rd, 2002

Dzieci z klubu jeździeckiego na Kolibkach i maluchy uczestniczące w zajęciach hipoterapeutycznych bawiły się razem na zabawie karnawałowej w klubie.

Dla wszystkich gości, bez względu na wiek, biletem wstępu na imprezę było pomysłowe przebranie. Mali Indianie, księżniczki i Czerwone Kapturki razem z rodzicami i terapeutkami tańczyły, śpiewały, brały udział w konkursach, przy czym wszystko zorganizowane było w taki sposób, aby maluchy bez względu na stan zdrowia miały równe szanse.

- Dzieci niepełnosprawne takie, jak mój Sebastian, rzadko mają okazję do zabaw z rówieśnikami – mówi Gabriela Jarmińska. – Takie integracyjne imprezy wnoszą wiele urozmaicenia w życie upośledzonych przez los maluchów. Mój synek, chociaż z początku był trochę onieśmielony, teraz uśmiecha się szeroko i bawi się świetnie.
Podczas imprezy prezentowane było także urządzenie o tajemniczej nazwie parapodium.

- Urządzenie to umożliwia chodzenie dzieciom, które mają problemy z poruszaniem się – opowiada Elżbieta Pantelewicz ze Szkółki Jeździeckiej w Kolibkach. – Często dużą pomocą w pracy z niepełnosprawnymi dziećmi jest nawet samo uzyskanie pionowej postawy. Parapodium można dostosowywać także do wzrostu dziecka, co też jest szczególnie ważne w przypadku małych pacjentów.

Autor artykułu: (aga)

ZUS nie przekazuje listy osób ubezpieczonych kasie chorych

February 1st, 2002

Jeżeli masz w książeczce RUM stary bloczek ( gdyż do tej pory nie chorowałeś) a na bloczku nie ma nadrukukowanego numeru Pomorskiej Regionalnej Kasy Chorych oraz numeru ubezpieczenia, może zdarzyć się, że lekarz w przychodni podstawowej opieki zdrowotnej odeśle Cię do najbliższego punktu drukującego książeczki, byś przedstawił odpowiedni dokument ubezpieczenia.

Bałagan zrobił się ogromny: ZUS nie przekazuje listy osób ubezpieczonych kasie chorych, ta zaś nie chce płacić przychodniom za leczenie osób ,nieubezpieczonych”. Na wiarygodność danych z ZUS nie ma co liczyć. W bazie ZUS brakuje np. nazwisk pracowników kasy chorych, którzy na pewno są ubezpieczeni. Tak więc nawet pacjent, który wie, że pracodawca odprowadza za niego składkę zdrowotną – powinien, we własnym interesie sprawdzić, czy nie grozi mu niemiła niespodzianka, gdy zachoruje.
Więcej na ten temat w “Dzienniku Bałtyckim” w najbliższą środę, 6 lutego

Sprawdź listę

  • Bazy danych PRKCH można sprawdzić w Internecie. Adres kasy: www.prkch.gda.pl. Pamiętaj! Musisz wpisać swój numer PESEL.
  • Każdy mieszkaniec Pomorskiego może też sprawdzić, czy figuruje na liście ubezpieczonych pod numerami tel: 321 85 05, 342 16 64, 306 43 47, 345 79 73 622 64 68.

    Wystarczy dokument
    W przypadku braku książeczki RUM z nadrukowanym numerem kasy oraz numerem ubezpieczenia ważnymi dokumentami ubezpieczenia są:
    ostatni odcinek renty z oznaczeniem 11R, legitymacja z wpisanymi członkami rodziny, legitymacja ubezpieczeniowa z aktualnym wpisem, druki zgłoszeniowe ZUS ZUA lub ZUS ZZA (dla osób prowadzących działalność gospodarczą). Istotne jest, aby na dokumentach widniało oznaczenie 11 R.

    Autor artykułu: (jog)

  • Zabytek runął do Słupi

    February 1st, 2002

    Zniknął pomnik przyrody z ulicy Wandy. Mało brakowało a ogrome drzewo wpadłby do rzeki.
    - Mógłoby to spowodować wielkie szkody związane ze spiętrzeniem wody. Na szczęście w porę w ruch poszedł specjalistyczny sprzęt -informuje Zdzisław Walo, naczelnik Wydziału Gospodarki Komunalnej Urzędu Miejskiego w Słupsku.
    Okazała topola rosła do niedawna przy ulicy Wandy. Podczas wichury drzewo przełamało się i częściowo wpadło do wody.

    Topolę należało natychmiast ściąć, by olbrzymi konar nie był zawalidrogą w rzece. Na to jednak potrzebna była zgoda… wojewódzkiego konserwatora przyrody w Gdańsku.
    Wiedząc o realnym zagrożeniu zgodę taką wydano i pracownicy gospodarki komunalnej drzewo ścieli.
    - Tylko w parkach musieliśmy w wyniku wichury ściąć już 30 okazałych drzew. Teraz robimy przegląd drzew do wycięcia w słupskich, miejskich lasach -powiedział Walo.

    Autor artykułu: cos

    Za pożyczone

    February 1st, 2002

    GMINA SŁUPSK. Tylko dzięki pożyczce z gminnej kasy Ośrodek Pomocy Społecznej wypłacił w terminie zasiłki obligatoryjne.
    - Na wypłatę styczniowych zasiłków finansowanych z budżetu państwa potrzebowaliśmy 103 tys. zł. Tymczasem do terminu ich wypłat otrzymaliśmy zaledwie połowę sumy – mówi Ewa Roszyk, kierownik Gminnego Ośrodka Pomocy Społecznej. – Resztę musieliśmy pożyczyć.

    W styczniu wpłynęło do GOPS około 100 podań o wypłatę zasiłków realizowanych z budżetu gminy. Ośrodek nie wydawał decyzji odmownych z braku środków, jednak był zmuszony ograniczyć ich wysokość. Rodziny bez żadnego dochodu otrzymywały 100 zł. Rodzinom z dochodem wypłacano jedynie po 30 zł. Obok tego GOPS ciągle finansuje dożywianie 500 dzieci w szkołach.

    Autor artykułu: ALA